Zaczynę od tego, że trwają wakacje. Jest ciepły, a właściwie można powiedzieć gorący wrzesień, a ja jestem w Hammamet Beach Hotel. To mój drugi dzień urlopu.
Nie muszę Wam zdradzać wielu szczegółów z mojego życia pełnego różnych wypadków. Wystarczy, że powiem jedno: od zawsze jestem tą, która ma wybitnego pecha. Nieważne, w jakim gronie się znajduję.
Tymczasem dzisiaj lezakuję na pięknej plaży. Takiej naprawdę zjawiskowej. Złoty piasek, błękitna, praktycznie krystalowa woda w Morzu Śródziemnym i brak fal. Palmy, słońce, leżaki, all inclusive. Ludzie sączą drinki z plastikowych kubeczków, ktoś się opala, ktoś pływa.
Rajskie wakacje...
Co mogłoby pójść nie tak?
Woda jest tak miła, tak cieplutka i tak dobrze zasolona, że właściwie sama wypycha ciało w górę. Stwierdziłam więc, że popłynę do końca bojek. Pływa się tutaj naprawdę przyjemnie, a biorąc pod uwagę, że lubię pływać, długo nie trzeba mnie namawiać.
Dopiero w ogóle od niedawna, tak plus minus 3 lat, zaczęłam pływać w morzu. Wcześniej się bałam. Gdzieś z tyłu głowy zawsze siedziało mi to, że przecież moze pojawic się fala, łyknę słonej wody i mogę się utopić. Z dojrzałym wiekiem 30 lat... wreszcie mi przeszło. Chociaż na pewno pomógł fakt, że w ciepłych krajach woda potrafi być tak czysta i przeźroczysta, że cały czas widać dno, co wewnętrznie mnie uspokaja.
Nie ma czego się bać.
Tym razem też stwierdziłam: muszę to zrobić. Dopłynę do bojki i z powrotem.
No i teraz powiedzcie sami, jakiego trzeba mieć w życiu pecha, żeby spośród wszystkich ludzi pływających tego dnia w morzu za i przed bojami, być akurat tą jedną osobą, która dopływa i nagle czuje charakterystyczne swędzenie.
A po chwili pieczenie na udzie.
No jakiego trzeba mieć pecha?
Ale ja to ja. Nieważne.
Podrapałam się chwilę po udzie. Przez moment pomyślałam nawet, że może to ja sama się podrapałam jeszcze przed wejście do wody i dlatego mnie swędzi teraz. Logiczne.
Zignorowałam więc swędzenie, czy właściwie już bardziej pieczenie, i pływałam dalej. Woda sama mnie wypychała, więc nie musiałam nawet specjalnie pływać. Byłyśmy w wodzie z przyjaciółką, gadałyśmy, opowiadałyśmy sobie różne historie. Minęło ok. 45 minut.
I wtedy pieczenie zaczęło mi już naprawdę doskwierać.
Na tyle, że w końcu postanowiłam wyjść. Jednocześnie ból zrobił się takim dziwnym bólem i gorącem rozlewającym się po udzie i po pośladku.
Wyszłam z wody, położyłam się na leżaku i wtedy zobaczyłam je po raz pierwszy.
Bąble.
Duże, wystające bąble.
Myślę, że w tym momencie zaczęło mnie piec jakieś trzy razy bardziej. Sam widok tego, co mam na skórze, spowodował u mnie jedną bardzo konkretną myśl:
O k..wa, chyba jednak trzeba było wyjść z wody wcześniej!
Nagle te 45 minut mojego spokojnego „eee, pewnie się podrapałam” przestało brzmieć jak przejaw wyjątkowego spokoju, a zaczęło podpadać pod kategorię zwyczajna głupota.
Kawałek uda nachodzący na pośladek jest teraz pięknie ozdobiony bąbelkami. Niczym folia bąbelkowa, tylko zdecydowanie mniej satysfakcjonująca w dotyku. A, i zdecydowanie nie próbowałabym jej przebijać.
Tak więc mamy Morze Śródziemne. Mamy złoty piasek. Mamy palemki. Mamy błękitną wodę. Mamy drinki all inclusive.
I pewnie gdzieś mamy niebieskie parzydełkowce praktycznie niewidoczne pod wodą. O takie jak tutaj (ale to nie moje zdjęcie. Moja tunezyjska meduza postanowiła pozostać incognito).
Na końcu mamy mnie...z pupką wyglądającą jak folia bąbelkowa.
Rajskie wakacje, o ironio.
No dobrze, ale teraz pojawia się najważniejsze pytanie: co ja mam z tym zrobić?
Rozglądam się po plaży, ale nie widzę żadnego ratownika. Jest to plaża strzeżona, stąd zakładam, że ratownik gdzieś jest. Pewnie gdybym się wysiliła, znalazłabym go zrelaksowanego gdzieś w cieniu pod palemką.
Jednak nie chciało mi się go szukać.
Jesteśmy przecież w miejscu, gdzie kelnerzy chodzą między leżakami z kubeczkami dla all inclusive, donosząc drinki Polakom na wakacjach, a ja stoję pośrodku tego wakacyjnego raju w bąblach i zastanawiam się, co właściwie właśnie mnie urządziło.
Zrobiłam więc to, co zrobiłaby każda racjonalna osoba na wakacjach.
Szukam w internecie.
Co trzeba zrobić?
Pytam ChatGPT i ze sztuczną inteligencją za przewodnika rozpoczynam małe śledztwo pod tytułem: co właśnie poparzyło mni i czy mogę jeszcze dzisiaj wrócić do morza?
Pierwsza myśl: meduza.
Tylko to wcale nie musiała być meduza. To mógł być inny parzydełkowiec występujący w tym rejonie. Ja niczego nie widziałam. Żadnej meduzy przepływającej obok, żadnego stworzenia, które mogłabym teraz oskarżyć o zniszczenie mi spokojnego plażowania.
Dla uproszczenia przyjmijmy więc: poparzyła mnie meduza.
Z typowych plażowych rad w stylu „trzeba zalać moczem” można zrezygnować. Z octem sprawa też nie jest taka prosta, bo jego zastosowanie zależy od gatunku parzydełkowca. Jedną z sensownych rzeczy, które mogę zrobić tu i teraz, jest ogrzanie bolącego miejsca ciepłą wodą, żeby zmniejszyć ból. Jeżeli na skórze zostały jakieś fragmenty macek, trzeba je usunąć osobno. Konieczne też byłoby zejść ze słońca.
A więc koniec błogiego plażowania.
Ponieważ potrzebuję wyraźnie ciepłej wody, najprostszą opcją jest powrót do pokoju. Na szczęście nasz hotel znajduje się praktycznie przy samej plaży. Jakieś 200 metrów i jestem na miejscu.
Szybko się zebrałam, zostawiłam większość rzeczy na leżaku i poszłam do pokoju polać udo ciepłą wodą.
Przyznaję, że ta rada miała sens.
Pieczenie rzeczywiście trochę odpuściło. Nie na długo, ale jednak. Po około pół godziny bąbelki zrobiły się bardziej płaskie i zaczęły wyglądać trochę mniej groźnie.
Miejsce na udzie nadal było ciepłe. Nadal bolało przy dotyku. Nadal wyglądało tak, że raczej nie zapomniałabym o całej sytuacji po pięciu minutach. Ale przynajmniej było widać, że powoli schodzi.
Mijają dwie godziny.
Nadal piecze. Nadal są bąble, chociaż trochę gładsze. Ja nadal jestem w Tunezji, za oknem nadal świeci słońce, Morze Śródziemne nadal jest absurdalnie błękitne, a ludzie nadal spokojnie pływają dokładnie w tym samym miejscu.
Oczywiście wszyscy poza mną.
Także jeżeli chodzi o mój limit pecha w Tunezji, chciałabym oficjalnie uznać go za wyczerpany.
To dopiero drugi dzień wakacji, więc przede mną jeszcze kilka dni.
Jeżeli limit pecha rzeczywiście istnieje, właśnie wykorzystałam cały, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Jeżeli nie istnieje limit pecha, to chyba nie chcę wiedzieć, co będzie jutro...
A jutro Kartagina!
✨Pechowa ja, z pupką w bąblach, pozdrawiam z rajskich wakacji.


Komentarze
Prześlij komentarz