Rowerowa wycieczka wokół Walchensee brzmiała jak... bardzo dobry pomysł. Jezioro w Bawarii, turkusowa woda, góry dookoła, trasa opisywana jako średnio trudna, około 41 kilometrów i niecałe 4 godziny jazdy. Brzmi rozsądnie, prawda? Szczególnie jeśli człowiek przez dłuższy czas miał z aktywnością sportową relację głównie wspomnieniową.
Dzisiaj mogę już powiedzieć, że pojechanie na taką trasę po długiej przerwie od sportu było lekkim szaleństwem. Pięknym, widokowym, bardzo bawarskim, ale nadal szaleństwem. Mój Apple Watch nabił mi podczas tej wycieczki 1008 kalorii, a ja w połowie podjazdu pod górę byłam prawie pewna, że urodzę własne jelita albo inne organy wewnętrzne.
Mało romantyczny opis alpejskiej wycieczki, wiem. Ale ciało dość szybko przypomniało mi, że zdjęcia nad pięknym jeziorem nie zastępują kondycji.
Rowerem wokół Walchensee - jak wygląda trasa?
Trasa zaczyna się i kończy przy parkingu Finzbrücke Wallgau. Całość ma około 41,3 km, przewyższenie wynosi mniej więcej 523 metry, a czas przejazdu podawany w opisie to około 3 godziny i 52 minuty. Brzmi jak wycieczka dla ludzi, którzy mają trochę siły w nogach, ale niekoniecznie są zawodowymi kolarzami.
Najlepszy sezon na tę trasę wypada od maja do października, oczywiście przy sensownej pogodzie. W górach prognoza nie jest dekoracją do planu, tylko czymś, co naprawdę warto sprawdzić. Przy jeziorze słońce jest cudowne, ale wiatr i deszcz potrafią szybko zmienić nastrój wycieczki.
Start z Wallgau jest wygodny, bo od razu czuć alpejski krajobraz. Jest zielono, są góry, są drogi rowerowe i pojawia się przyjemne poczucie, że zaraz zobaczysz coś ładnego. Organizm jeszcze wtedy nie wie, co go czeka, więc nawet jest miło.
Walchensee i ten kanadyjski widok
Walchensee bywa opisywane jako miejsce z „Canada feeling” i rozumiem, skąd bierze się to skojarzenie. Turkusowo-zielona woda, zalesione zbocza, góry odbijające się w jeziorze i zatoczki, przy których człowiek ma ochotę rzucić rower w trawę i udawać, że przyjechał tylko na piknik.
Jezioro jest jednym z największych i najgłębszych jezior alpejskich w Niemczech. Na południowym brzegu znajduje się sporo miejsc, gdzie można się zatrzymać, wejść do wody, zjeść coś albo popatrzeć przed siebie bez poczucia, że trzeba natychmiast jechać dalej.
Najbardziej podobało mi się właśnie to, że trasa nie jest wyłącznie sportowa. Jest tam sporo jazdy z widokiem na wodę, trochę lasu, trochę asfaltu, trochę miejsc, gdzie człowiek zaczyna rozumieć, po co ludzie wożą ze sobą koc, kanapki i pół lodówki w sakwie.
Podjazdy, czyli szybka lekcja pokory
Największy problem z trasami oznaczonymi jako średnie polega na tym, że średnie dla kogo? Dla osoby, która regularnie jeździ na rowerze? Dla kogoś, kto w weekend robi 80 kilometrów i potem jeszcze mówi, że fajnie rozkręcił nogę? Czy dla osoby, która wraca do aktywności po przerwie i myśli, że jakoś to będzie, bo te 5 lat temu jeździło się rowerem na uczelnię?
W moim przypadku odpowiedź przyszła na podjeździe. W połowie miałam w głowie jedną bardzo nieelegancką myśl: zaraz urodzę własne jelita. Nie było w tym nic poetyckiego. Był pot, zadyszka, nogi z waty i pytanie, czemu dokładnie uznałam, że taka trasa będzie dobrym pomysłem na powrót do sportowego życia.
Najśmieszniejsze jest to, że widoki dalej były piękne. Człowiek cierpi, przeklina w środku, negocjuje z własnymi udami, a obok ma jezioro w takim kolorze, że aż głupio narzekać. Walchensee jest pod tym względem bezczelne. Nawet kiedy masz ochotę zejść z roweru i dramatycznie zakończyć karierę kolarską, krajobraz robi wszystko, żebyś jednak jechała dalej.
Jak wygląda trasa wokół Walchensee?
Z parkingu przy Finzbrücke jedzie się przez Wallgau, potem w stronę Einsiedl, dalej wzdłuż brzegu do Zwergern i Walchensee. Fragment przy B11 wymaga większej uwagi, bo nie każdy odcinek przy drodze daje bajkowe poczucie spokojnej jazdy przez Alpy.
Później trasa prowadzi przez Urfeld, Sachenbach i Niedernach. Część drogi biegnie przy jeziorze, a płatna droga dla samochodów jest darmowa dla rowerzystów. Bardzo miły wyjątek, bo zwykle w podróży człowiek ma wrażenie, że wszystko chce od niego jeszcze kilka euro.
Po drodze można zobaczyć też okolice znane z wioski filmowej Flake z filmu o Wikingach. Nie traktowałabym tego jako głównego powodu wyjazdu, ale jako dodatkowy smaczek - czemu nie. Przy takiej trasie najważniejsze i tak są jezioro, góry i własna walka o godność na podjazdach.
Gdzie spałyśmy nad Walchensee?
Po takiej trasie nocleg nad samym jeziorem brzmi jak luksus, ale w praktyce jest po prostu bardzo dobrą decyzją logistyczną. Spałyśmy w Hotel Wallerei Walchensee i największym plusem była lokalizacja - tuż przy wodzie, bez kombinowania, dojazdów i zastanawiania się, czy po zejściu z roweru człowiek ma jeszcze siłę gdziekolwiek iść.
Najbardziej doceniłam właśnie tę bliskość jeziora. Po intensywnej trasie nie potrzebowałam już wielkich atrakcji, tylko prysznica, jedzenia i miejsca, w którym można usiąść z widokiem na wodę. Taras nad jeziorem, śniadanie, restauracja hotelowa (32 euro, ale za 3 daniowy posiłek ogrom jedzenia) i spokojny widok z hotelu miały wtedy większe znaczenie niż jakiekolwiek wymyślne hotelowe obietnice.
Czy da się tę trasę zrobić bez świetnej kondycji?
Da się, ale forma ma znaczenie. Jeśli jedziesz po długiej przerwie od sportu, lepiej podejść do tej trasy z pokorą. Wziąć wodę, coś do jedzenia, robić przerwy i nie cisnąć tempa tylko dlatego, że ktoś w internecie napisał „średnia trudność”.
Przyda się też sprawny rower, wygodne siodełko i świadomość, że 41 kilometrów w alpejskim terenie nie przypomina przejażdżki po płaskim bulwarze. Nawet jeśli wysokość maksymalna nie brzmi dramatycznie, suma podjazdów potrafi wejść w nogi.
Apple Watch może wtedy robić za małego świadka tej walki. Patrzyłam później na spalone kalorie, tętno i czas przejazdu, i jasne - było poczucie dumy. Ale było też lekkie zdziwienie, że jednak nie urodziłam po drodze jelit, nerki, płuca ani żadnego innego organu, który najwyraźniej też chciał zejść z roweru.
Co zabrałabym na rower wokół Walchensee?
Na pewno wodę, coś słonego i coś słodkiego. Brzmi banalnie, ale przy dłuższej trasie takie rzeczy ratują humor. Do tego okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem, lekką kurtkę i strój, który nie zacznie Cię nienawidzić po drugiej godzinie jazdy.
Warto mieć też powerbank albo naładowany telefon, bo trasa jest piękna i zdjęcia robią się same. Nawigacja też się przydaje, zwłaszcza na odcinkach, gdzie trzeba pilnować skrętów i nie pojechać dumnie w złą stronę.
Jeśli planujesz kąpiel albo piknik, dorzuciłabym mały ręcznik. Nad Walchensee naprawdę są zatoczki, przy których szkoda byłoby przejechać bez żadnej przerwy. Nawet jeśli nie wejdziesz do wody, siedzenie nad jeziorem... jest super samo w sobie.
Czy pojechałabym jeszcze raz?
Tak, ale już mądrzej. Nie po długiej przerwie, nie z założeniem „jakoś to będzie” i nie bez wcześniejszego rozruszania nóg. Walchensee zasługuje na to, żeby jechać tam z większą przyjemnością, a mniejszym dramatem biologicznym.
Mimo tego bardzo się cieszę, że zrobiłam tę trasę. Była piękna, męcząca, chwilami absurdalna i bardzo konkretna. Po takiej wycieczce wieczorem człowiek czuje, że naprawdę gdzieś był, a nie tylko przemieścił się z jednego parkingu na drugi.
Rower wokół Walchensee polecam, ale z jednym zastrzeżeniem: jeśli Twoja forma ostatnio leżała pod kocem, nie udawaj, że 41 kilometrów samo się przejedzie. Widoki pomogą, ale pod górę i tak musisz wjechać własnymi nogami.
Komentarze
Prześlij komentarz