Między Luwrem a placem Concorde. Ja też pokochałam Ogrody Tuileries!

Pierwszy raz w Paryżu będąc popełniłam klasyczny błąd turysty w Paryżu - chciałam zobaczyć za dużo w jeden dzień. Luwr, spacer nad Sekwaną, może jeszcze Wieża Eiffla przed zachodem słońca. Plan ambitny i kompletnie oderwany od rzeczywistości.

Ogrody Tuileries w Paryżu

Potem przy kolejnym wyjeździe weszłam do Ogrodów Tuileries i typowy plan dnia rozpadł się szybko, oj szybciej niż łyknięcie kawy. Zweryfikowałam moje chaotyczne acz ambitne założenia z Google Maps. Trudno gnać dalej, kiedy nagle siedzisz na zielonym metalowym krześle przy fontannie i obserwujesz dzieci puszczające drewniane żaglówki, starszych paryżan czytających prasę i turystów, którzy właśnie odkrywają, że żwir nie współpracuje ze szpilkami.

W przewodnikach przeczytasz, że Jardin des Tuileries to elegancka przestrzeń między Luwrem a placem Concorde. Wszystko się zgadza, tylko brzmi to dużo bardziej podniośle niż rzeczywistość. Dla mnie to miejsce, w którym Paryż przestaje się popisywać, a zaczyna być zwyczajnie przyjemny, turyści i mieszkańcy mieszają się radośnie korzystając z piękna przestrzeni.

Historia tego miejsca jest zresztą dużo bardziej dramatyczna niż spokojne alejki sugerują. Zanim powstał tu park, znajdowały się tu fabryki dachówek. Stąd nazwa „Tuileries” - od francuskiego słowa tuile, czyli dachówka. W XVI wieku królowa Katarzyna Medycejska postanowiła zbudować tu pałac po śmierci Henryka II, bo Luwr był dla niej zbyt pełen złych wspomnień. Trudno jej się dziwić - mąż zginął w turnieju rycerskim po tym, jak kopia przeciwnika przebiła mu oko.

Ludzie siedzący przy fontannie w Ogrodach Tuileries
Jardin des Tuileries w Paryżu

Pałac Tuileries przez lata był jedną z najważniejszych rezydencji francuskiej monarchii. Mieszkał tu Ludwik XIV zanim wyprowadził się do Wersalu. Podczas rewolucji francuskiej tłum wtargnął do pałacu i praktycznie uwięził rodzinę królewską. To właśnie stąd Ludwik XVI i Maria Antonina próbowali później uciec z Paryża, co skończyło się dość przewidywalnie.

Sam pałac już nie istnieje. Spłonął podczas Komuny Paryskiej w 1871 roku. Szczerze? Gdy oglądałam archiwalne zdjęcia, miałam mieszane uczucia. Budowla była imponująca, ale dzisiejszy widok otwartej osi od Luwru przez ogród aż po plac Concorde i Łuk Triumfalny ma w sobie coś spektakularnego.

Za obecny wygląd ogrodów odpowiada André Le Nôtre - ten sam człowiek, który zaprojektował Wersal i najwyraźniej miał obsesję na punkcie idealnej symetrii. Każde drzewo wygląda tak, jakby miało własnego fryzjera. Krzewy są przycięte z dokładnością chirurga plastycznego, a alejki są tak geometryczne, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinien poprawić własnego życia z taką dokładnością, z taką perfekcją... jak baśniowe zjawisko... chociaż spacerujący przechodnie oczywiście psują ten efekt basniowości.

Jest też detal, który bardzo lubię. W ogrodach stoi sporo rzeźb - część to kopie, część oryginały. Możesz spacerować między dziełami Auguste’a Rodina czy Alberto Giacomettiego kompletnie za darmo, a obok ktoś właśnie je lody i karmi gołębie frytkami. Francja bardzo dobrze opanowała sztukę mieszania wysokiej kultury z codziennym chaosem.

Na skraju ogrodu znajduje się też Musée de l'Orangerie, gdzie wiszą monumentalne „Lilie wodne” Claude’a Moneta. To miejsce było na mojej liście od dawna i nie zawiodło. Sale zostały zaprojektowane dokładnie tak, jak chciał sam Monet - obrazy mają otaczać widza i tworzyć wrażenie nieskończoności.

Lilie wodne Claude’a Moneta w Musée de l'Orangerie

Właśnie tam przypomniał mi się cytat Charles’a Baudelaire’a:

„Natura jest świątynią”

To wers z sonetu Correspondances, który później stał się także poetyckim tytułem dla jednego z artystycznych kabinetów. Pasuje tu zaskakująco dobrze, bo Tuileries są trochę takim paradoksem - natura została tu ujarzmiona ręką człowieka do granic możliwości, a mimo to nadal daje poczucie spokoju.

Mała ciekawostka, którą uwielbiam: drewniane łódki na fontannie to tradycja z XIX wieku. Dzieci nadal mogą wypożyczyć małe żaglówki i popychać je kijami po wodzie. W epoce TikToka i tabletów ten widok wydaje się niemal wzruszająco staromodny.

Drewniane łódki na fontannie w Ogrodach Tuileries

Jeśli planujesz piknik - przygotuj portfel. Kawa przy Rue de Rivoli potrafi kosztować tyle, co obiad w wielu polskich miastach, a słynna gorąca czekolada w Angelina potwierdza, że luksus bywa bardzo słodki i bardzo drogi.

Spacer w Ogrodach Tuileries w Paryżu

Najbardziej lubię jednak poranek. Biegacze przecinają alejki jeszcze przed tłumami turystów, pracownicy miasta grabią żwir z absurdalną precyzją, a światło odbija się od szyb Luwru. Wieczorem ogród robi się bardziej filmowy, ale rano masz wrażenie, że Paryż jeszcze nikomu niczego nie sprzedaje.

I może dlatego wróciłabym tam drugi raz szybciej niż do wielu „obowiązkowych” atrakcji miasta. Wieża Eiffla robi wrażenie przez chwilę. Luwr potrafi zmęczyć. A Ogrody Tuileries przypominają, że czasem najlepszą atrakcją w podróży jest miejsce, które nie wymaga od Ciebie absolutnie niczego poza obecnością.

Usiądź na zielonym krześle. Kup coś absurdalnie drogiego do picia. Popatrz na ludzi. To może być najbardziej paryska rzecz, jaką zrobisz.

Komentarze