Maroko chodziło za mną przez kilka lat i nie umiem nawet uczciwie powiedzieć, skąd się ta obsesja wzięła. Chciałam Afryki, nowych smaków, innego świata, ludzi spoza mojego codziennego schematu. Wydawało mi się wtedy naiwnie, że skoro Maroko leży tak blisko Europy i tyle osób tam lata, będzie w miarę oswojone, bezpieczne i „cywilizowane” według naszego wygodnego, europejskiego myślenia. Później Maroko bardzo szybko pokazało mi, jak śmieszne było takie założenie.
Nie przez szybę hotelowego transferu
Nie pojechałam tam na 5-gwiazdkowe wakacje nad wybrzeżem, skąd wraca się z opowieścią o czystym basenie, pięknej plaży i obsłudze, która uśmiecha się, bo ma to wliczone w pensję. Chciałam zobaczyć kraj od środka, nie przez szybę hotelowego transferu. Sama układałam trasę, siedziałam nad mapami, czytałam, liczyłam pieniądze i kombinowałam, jak przejechać Maroko własną drogą, a nie tą wydeptaną przez turystów z biur podróży.
Maroko było ostatnim etapem naszej długiej trasy: Włochy, Hiszpania, Wyspy Kanaryjskie i dopiero potem Afryka. Z Lanzarote poleciałyśmy do Sewilli, stolicy Andaluzji, oddalonej mniej więcej 200 kilometrów od Algeciras, skąd odpływają promy do Maroka. Już na lotnisku w Lanzarote dostałam pierwszy prezent od losu, oczywiście w formie nerwów i straty 50 euro. Mój plecak nie chciał wejść do koszyka pomiarowego na bagaż podręczny. Brakowało naprawdę odrobiny, wystarczyło mocniej go upchnąć, ale kontrolująca mnie Hiszpanka postanowiła zrobić z tego sprawę życia. Kłóciłam się, bo ten sam plecak przechodził wcześniej na innych lotniskach bez problemu. Wściekłość weszła mi na taki poziom, że uderzyłam pięścią w szybę, na szczęście plastikową, bo inaczej pewnie skończyłoby się jeszcze głupiej. Ochrona była już blisko, ja byłam blisko wybuchu, a finał i tak był żałosny: zapłaciłam.
Do samolotu weszłyśmy ostatnie, z trudem znalazłyśmy dwa miejsca, a opóźnienie ciągnęło się za całą tą awanturą jak złośliwy ogon. Siedziałam obrażona na świat, bo 50 euro przy naszym budżecie nie było drobną stratą, tylko solidnym kopniakiem. Po przylocie do Sewilli czekała nas noc na lotnisku i ta, dla odmiany, minęła spokojnie. Rano razem ze słońcem podniosłyśmy się z tych naszych podróżnych pozycji i autobusem pojechałyśmy do centrum. Sewilla okazała się cudowna: zielona, przestrzenna, z parkami i architekturą, przy której naprawdę chciałoby się zostać dłużej. Tyle że my miałyśmy w głowie Maroko, a przed sobą drogę, której jeszcze nie umiałyśmy sensownie ułożyć.
Na dworcu autobusowym ceny biletów szybko sprowadziły nas na ziemię, więc kupiłyśmy przejazd tylko do najbliższej miejscowości za Sewillą. Plan był prosty: dalej stopem, najlepiej za uśmiech, z oszczędnością ponad 50 euro na autobusach do Algeciras. Andaluzja wynagrodziła nam ten pomysł z nawiązką. Szłyśmy z ciężkimi plecakami, czasem ktoś nas podwoził, czasem czekałyśmy długo, ale wokół było tak pięknie, że człowiek przestawał się spieszyć. W Polsce jeszcze trzymały przymrozki, a tam lato rozlewało się po wzgórzach. Zielone doliny, kwiaty, krowy na łąkach, ptaki robiące koncert nad głową. Po tygodniu na Lanzarote, gdzie zieleni było tyle, co uprzejmości w tanich liniach lotniczych, Andaluzja wyglądała jak przesada natury.
Znów byłam na drodze, z plecakiem, wyciągniętym kciukiem i tym naiwnym błyskiem w oczach, że zaraz ktoś się zatrzyma. W takich chwilach czuję się najlepiej. Bez godzin, bez terminów, bez cudzych planów rozpisanych na mnie. Lubię ten stan, kiedy mogę iść, patrzeć, słuchać, pachnieć światem i być daleko od miejsca, w którym na co dzień nie zawsze umiem się odnaleźć. Nie jestem z tych, którzy grzecznie idą za tłumem. Praca, ślub, dzieci, pieluchy, kredyt, powtarzalny rytm i udawanie, że właśnie tak miało być - nie dla mnie. Nikogo nie pouczam, piszę o sobie. Nie przywiązuję się też do miasta, w którym mieszkam. Żyję tam, pracuję, ale gdyby pojawiła się realna możliwość wyjazdu na drugi koniec świata, nie robiłabym długiego pożegnania. Możliwości zawsze gdzieś są, tylko czasem trzeba mieć cierpliwość, a z tym bywa u mnie różnie.
Autostop nie szedł tak gładko, jak sobie wymyśliłyśmy, ale nikt dramatycznie nie rozpaczał. Co jakieś 40 minut ktoś się zatrzymywał i podrzucał nas kawałek między wioskami albo małymi miasteczkami. Ludzie byli uśmiechnięci, gadatliwi, jakby życie nie musiało ich ciągle gryźć po kostkach. Patrząc na te krajobrazy i mając lato przez większą część roku, nawet rozumiałam ten luz. W połowie trasy, po godzinie marszu, zatrzymał się nasz wybawiciel, Francesko. Starszy, zabawny mężczyzna, który jechał w stronę Algeciras i zgodził się nas zabrać. Rozmawiałyśmy dziwną mieszanką języków: ja po włosku, on po hiszpańsku, a mimo to jakoś się dogadywaliśmy. Opowiadałam o naszej wyprawie, on o Andaluzji, a kiedy usłyszał, że jedziemy do Maroka, od razu zaczął przestrzegać. Że Marokańczycy niebezpieczni, że oszuści, złodzieje, że mamy uważać. Może miał swoje doświadczenia, może powtarzał cudze historie, ale mój wyidealizowany obraz Maroka był wtedy jeszcze pancerny.
Francesko zawiózł nas najpierw na punkt widokowy nad Cieśninę Gibraltarską. Po drugiej stronie było widać Afrykę. Stałam jeszcze w Europie, a wzrokiem byłam już tam, gdzie przez lata chciałam dotrzeć. Brzmi górnolotnie, wiem, ale wtedy naprawdę czułam, że za chwilę spełni się jedno z moich największych marzeń. „Franek” wysadził nas w porcie, dał kilka wskazówek i pojechał dalej. Byłyśmy mu ogromnie wdzięczne, bo spotkanie takiego człowieka na trasie potrafi przywrócić wiarę w podróżowanie bardziej niż najładniejszy widok.
Prom do Tangeru i pierwsze zderzenie z Afryką
Jeszcze w Algeciras weszłyśmy do marokańskiej knajpy i zamówiłyśmy harirę, zupę z ciecierzycą, której byłam ciekawa od dawna. Pierwsze łyżki były dziwne, bo przyprawy i smak nie przypominały niczego, do czego byłam przyzwyczajona. Po chwili już wiedziałam, że przepadłam. W Algeciras kosztowała 2 euro, a później w Maroku płaciłyśmy za nią około 5 dirhamów, czyli mniej więcej 1,50 zł. Gęsta, sycąca, genialna. O 17:00 miałyśmy prom do Tangeru. Bilet kosztował 20 euro za osobę w jedną stronę, odprawa ciągnęła się z opóźnieniem, a ja byłam jednocześnie szczęśliwa, spięta i dumna, że mimo pieniędzy liczonych ostrożnie, nerwów i całej logistyki dopięłam swego.
Strach też był. Nie wiedziałam, co nas czeka, czy damy sobie radę, czy budżet się nie rozsypie i czy moje wielkie Maroko z głowy nie zderzy się brutalnie z prawdziwym krajem. Na promie płynęłyśmy około godziny, chociaż byłam przekonana, że taka odległość zajmie może 20 minut. Pasażerów nie było wielu, prawie wszyscy wyglądali tak, jakby jechali tramwajem do pracy, nie na inny kontynent. Może dla nich ta trasa była właśnie takim tramwajem. Na pokładzie musiałyśmy wypełnić karty pobytu: imię, nazwisko, data urodzenia, cel podróży, zawód, powód przyjazdu. Matko, ile oni chcieli wiedzieć. Później te same karty wypełniałyśmy w każdym hotelu i szybko wyszło, że Marokańczycy traktują ten obowiązek bardzo poważnie.
Kiedy prom wpływał do Tangeru, miasta w północno-zachodnim Maroku, poczułam, że zaczyna się prawdziwa część wyprawy. W porcie czekałyśmy z resztą pasażerów na autobus do centrum. Tylko my wyglądałyśmy na turystki, reszta po prostu wracała albo jechała dalej. Godzina czekania doprowadzała mnie do szału, zwłaszcza że taksówek było pełno, ale nie po to przyjechałyśmy do Maroka, żeby od razu zamykać się w taksówkach i udawać, że poznajemy kraj. Chciałyśmy patrzeć na ludzi, słuchać ich rozmów, sprawdzać, co jedzą, jak się ubierają, dokąd idą. Dla mnie podróż zaczyna się właśnie tam, a nie przy hotelowym basenie, gdzie po tygodniu można wrócić do domu i opowiadać, że „było się w Maroku”, chociaż tak naprawdę widziało się głównie leżak i bufet.
Autobus w końcu przyjechał. Wsiadłyśmy zmęczone, niewyspane i nakręcone po całym dniu. Dopiero wtedy wyszło, że do centrum Tangeru jest około 50 kilometrów, a nie dziesięć minut jazdy, jak sobie naiwnie wymyśliłyśmy. Przez kolejną godzinę jechałyśmy wśród arabskiej muzyki, rozmów, tablic w języku arabskim i znaków, które nagle wyglądały inaczej, nawet zwykły STOP miał w sobie coś zabawnego. Słuchałam ludzi i myślałam, że nie wiem, czy kiedykolwiek nauczyłabym się poprawnie wymówić choć kilka zdań w ich języku.
W takich momentach najmocniej czuję, po co to wszystko robię. Marzenia mogą brzmieć banalnie, dopóki nie stoisz gdzieś daleko od domu z plecakiem, zmęczeniem w kościach i świadomością, że sama doprowadziłaś się do miejsca, o którym długo myślałaś. Lubię nowe cele, plany, mapy i ten proces, kiedy powoli zbliżam się do czegoś, czego bardzo chcę. Nie mam życia z katalogu. Na każdą podróż zarabiam sama, odkładam pieniądze kosztem wielu rzeczy, nie mam samochodu, markowych ubrań ani luksusów, które pewnie dla wielu osób są oczywiste. Mam za to wspomnienia, a tych nikt mi nie ukradnie, nie zniszczą się i nie wyjdą z mody. Piękny dom, auto czy szafa pękająca od metek nie dadzą mi tego, co daje samodzielna podróż, studiowanie map, rozmowy z ludźmi i oglądanie świata bez gotowego scenariusza. Resztę każdy może sobie przemyśleć sam.
Tanger bez znieczulenia
Kierowca wysadził nas w centrum Tangeru i wtedy Maroko przywitało nas bez żadnej subtelności. Natychmiast rzuciła się na nas grupa mężczyzn: jeden oferował taksówkę, drugi hotel, trzeci haszysz. Nie zdążyłyśmy dobrze złapać bagaży, a już ktoś nam je zabrał i wrzucił do taksówki. Po chwili my też siedziałyśmy w środku, wepchnięte w chaos, którego nie umiałyśmy jeszcze czytać. Ktoś rzucił: „Welcome in Africa! I have good hotel for you!”. Przynajmniej wiedziałyśmy, że jedziemy do hotelu, chociaż od razu podejrzewałam, że pewnie w ich głowie jesteśmy białymi Europejkami z workiem pieniędzy. Siedziałam sparaliżowana strachem, zła na siebie, że tak łatwo dałyśmy się wciągnąć.
Za taksówkę zapłaciłyśmy około 5 euro za kilka kilometrów. Normalnie taka trasa kosztowałaby pewnie ułamek tej kwoty, ale nie miałyśmy jeszcze dirhamów i musiałyśmy bulić w euro. Hotel okazał się ruderą. Budynek wyglądał tak, jakby od dawna negocjował z grawitacją i przegrywał powoli, piętro po piętrze. Byłyśmy wykończone, było późno, a naciągacz nie odklejał się od nas ani na chwilę, więc dla świętego spokoju zgodziłyśmy się zostać. Po targowaniu za dwójkę zapłaciłyśmy 30 euro. Wiedziałam, że to absurdalna cena jak na Maroko, ale nie miałam już siły walczyć. W głowie życzyłam temu typowi wszystkiego najgorszego w wersji bardzo nieeleganckiej. Rzeczywista cena noclegu w takim miejscu mogła wynosić około 35 dirhamów, czyli mniej więcej 15 zł. My zostawiłyśmy 30 euro, plus jeszcze 5 euro napiwku, bo nasz „pomocnik” oczywiście uznał, że należy mu się nagroda za znalezienie nam tego cudownego lokum.
Tak wyglądał nasz afrykański chrzest. Czytałam wcześniej o naciągaczach, wiedziałam, że trzeba uważać, ale wiedzieć a przeżyć to dwie różne sprawy. Tamtej nocy byłam kłębkiem nerwów i miałam poczucie, że dałyśmy z siebie zrobić ostatnie frajerki. Dzisiaj potrafię się z tego śmiać, bo później było już lepiej, a przynajmniej taniej. Wymieniłyśmy euro na dirhamy, nauczyłyśmy się szybko przeliczać ceny i zaczęłyśmy trzymać rękę na pulsie. Maroko z dala od kurortów i biur podróży przywitało nas brutalnie, ale uczciwie: od razu pokazało, że nie będzie głaskać po głowie.
Szafszawan, błękit i jedzenie, dla którego warto wrócić
Po jednej nocy w Tangerze chciałyśmy jechać dalej, głębiej, zobaczyć coś więcej niż portowy chaos i hotelową katastrofę. Autobusem ruszyłyśmy do Szafszawan, czyli Chaouen, górskiego, błękitnego miasteczka. Tam odetchnęłam. Znalazłyśmy przytulny hostel, a w nim czysty pokój, świeżą pościel i prawdziwą europejską toaletę. Po Tangerze taka toaleta była wydarzeniem niemal metafizycznym. Za pokój dla dwóch osób zapłaciłyśmy około 25 zł za dobę, czyli nagle świat znów zaczął mieć sens.
Z okna patrzyłyśmy na sprzedawców warzyw, owoców i całe stosy pomarańczy. Na ulicy ciągle ktoś coś niósł, sprzedawał, wołał, rozmawiał. Sterczałyśmy w tym oknie jak dzieci, robiłyśmy zdjęcia z ukrycia i zastanawiałyśmy się, o czym ci ludzie mówią, dokąd idą, jak wygląda ich zwykły dzień. Medina była cudowna w swoim nieporządku. Biało-błękitne uliczki, zakręty, schody i przejścia sprawiały, że można było się zgubić bez poczucia straty. Miasteczko miało w sobie coś smerfowego, ale w dobrej wersji, zanim turystyczna wyobraźnia zdąży wszystko popsuć magnesami na lodówkę.
Upodobałyśmy sobie mały bar z tarasem na dachu. Można było rozłożyć się na kanapie, patrzeć na całe miasteczko i pić świeże koktajle owocowe. Piłyśmy ich absurdalne ilości, bo były najlepsze, jakie w życiu miałam w ustach. Duża szklanka kosztowała około 1,50 zł, więc zamawiałyśmy po pięć albo sześć naraz, co wywoływało u sprzedawcy mieszankę zdziwienia i rozbawienia. Trudno zachować rozsądek, kiedy coś jest tak dobre i kosztuje tyle, co nic.
Wieczorem na targu moja przyjaciółka spróbowała parzonych ślimaków. Wydłubywała je z muszelek wykałaczką i wciągała do ust w sposób, który natychmiast skojarzył mi się z Pumbą i dżdżownicami z „Króla Lwa”. Dla mnie obrzydliwość. Nie wzięłabym tego do ust, nawet gdyby ktoś dorzucił widok na medinę i świeży koktajl gratis. Stwierdziła, że nie były złe, ale trzeba pamiętać, że ona zjada wszystko, więc jej opinia ma ograniczoną wartość dowodową.
Jedzenie w Maroku było osobnym powodem, żeby tam wrócić. Uliczne bary, stragany, garnki, zapachy, rzeczy podawane rękami, potrawy przygotowywane na zakurzonych ulicach, dania, których nazw nawet nie znałyśmy. Jadłam wszystko i ani razu nie bolał mnie brzuch. Ani razu. Mój żołądek miał się tam lepiej niż w wielu europejskich miejscach z białymi obrusami i miną wielkiej higieny. Po powrocie mówiłam każdemu, że do Maroka muszę wrócić właśnie dla jedzenia. Dla hariry, dla ulicznych przekąsek, dla przypraw, dla produktów, które smakowały inaczej niż ta europejska, konserwowana nuda.
Mój włoski przyjaciel kucharz prawie się obraził, kiedy powiedziałam, że kuchnia włoska mogłaby się jeszcze sporo nauczyć od marokańskiej. Oczywiście to dwie różne kuchnie, ale ja wybieram marokańską bez wahania. Smaki były pełne, konkretne, niegrzeczne, inne. Wszystko kosztowało grosze, a dawało więcej radości niż restauracje, które próbują udawać przeżycie duchowe na talerzu.
Nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że „od Araba” niczego by nie zjedli, bo brud, zarazki i cała ta kolekcja uprzedzeń podlana ignorancją. Matko, oni naprawdę nie wiedzą, co tracą. Pewnie łatwiej pojechać do Agadiru, zamknąć się w hotelu all inclusive, jeść jak dzik przy bufecie, a potem wrócić do Polski i opowiadać, że poznało się Maroko, kulturę i kuchnię. Poznało się co najwyżej harmonogram posiłków i temperaturę w basenie.
Uwielbiam marokańską kuchnię. Uwielbiam uliczne jedzenie sprzedawane w medinach, nawet jeśli ktoś podaje je rękami, nawet jeśli wokół jest kurz, hałas i gwar. Ci, którzy się tym brzydzą i gardzą, sami odbierają sobie jedną z najlepszych części podróży.
Szafszawan zachwyca właśnie tym swoim chaosem. W medynie naprawdę można się zgubić, ale tam zgubienie się nie jest problemem, raczej przyjemnością. Domy i mieszkania zdobią motywy rąk oraz ryb, które mają odpędzać złe uroki. Biel ścian przełamuje błękit, uznawany tam za kolor zniechęcający komary. Centrum miasta stanowi Plaza Uta el Hamman z kazbą i ogrodem, gdzie można schować się przed upałem i popatrzeć na drzewa cytrusowe. Wokół są bary, knajpki i mnóstwo stoisk z pamiątkami, czyli dokładnie ten rodzaj miejsca, w którym chce się siedzieć dłużej, niż pozwala plan podróży.