Grudzień. Czyli sezon podsumowań roku, wielkich planów, noworocznych postanowień i nagłego zakładania cudów wianków, że od stycznia wszyscy staniemy się bardziej zorganizowanymi i lepszymi ludźmi.
Teoretycznie ja też powinnam teraz robić coś rozsądnego. Na przykład zaliczenia, powtórzenia do sesji oraz porządki świąteczne albo chociaż odpoczynek po dość intensywnym roku.
Zamiast tego siedzę i patrzę na mapę Europy.
A to nigdy nie kończy się dobrze.
Najpierw chciałam tylko policzyć, gdzie właściwie udało mi się pojechać przez ostatnie lata. Wiecie, tak niewinnie: Włochy, Maroko, Norwegia, trochę Polski, trochę spontanicznych lotów kupionych pod wpływem chwilowego braku rozsądku.
Potem zaczęłam zaznaczać kolejne kraje na mapie, te z podróży za dzieciaka.
Wtedy zauważyłam coś bardzo niebezpiecznego.
Do odwiedzenia całej Europy wcale nie brakuje mi aż tak dużo, jak zawsze zakładałam.
No i tutaj normalna osoba pewnie zamknęłaby laptopa i wróciła do swoich obowiązków.
Ja natomiast zrobiłam dokładnie odwrotnie i zaczęłam liczyć, czy dałoby się zobaczyć wszystkie kraje Europy w ciągu najbliższych 3-4 lat.
Najlepiej przed skończeniem 25 roku życia.
Tak. Wiem.
Brzmi jak pomysł osoby, która zdecydowanie powinna iść spać zamiast siedzieć nad mapą o północy.
Problem polega na tym, że im dłużej o tym myślę, tym bardziej chcę sprawdzić, czy to jest w ogóle możliwe.
Zwłaszcza że nie mam nieograniczonego budżetu, bogatych rodziców finansujących city breaki ani magicznej ilości wolnego czasu.
Mam za to internet, konto na Skyscannerze, dość niepokojącą tolerancję na loty o absurdalnych godzinach i najwyraźniej bardzo ambitne pomysły jak na osobę, która czasem liczy promocje w Lidlu.
Więc tak wygląda mój koniec 2016 roku.
Większość ludzi planuje siłownię od stycznia.
Ja próbuję sprawdzić, czy da się przypadkiem dam radę ogarnąć całą Europę.
Komentarze
Prześlij komentarz