Kiedy leciałam do Marrakeszu, miałam w głowie bardzo konkretny obraz.
Kolorowe riady z Pinteresta. Lampy rzucające piękne światło na ściany. Targi pełne przypraw. Kobiety w zwiewnych sukienkach pijące sok pomarańczowy na dachach medyny. Wiecie, ten bardzo instagramowy obraz Maroka, który wygląda jak niekończąca się sesja zdjęciowa dla marek produkujących lniane ubrania.
Po miesiącu w Maroku mogę uczciwie powiedzieć jedno: rzeczywistość była dużo bardziej intensywna.
I wcale nie mówię tego źle, ale Marrakesz bardzo szybko weryfikuje romantyczne wyobrażenia.
Po pierwsze: Marrakesz jest dużo bardziej męczący niż wygląda na zdjęciach
Pierwszy spacer po medynie był dla mnie lekkim przeciążeniem sensorycznym.
Skutery przejeżdżające kilka centymetrów od ciebie.
Ludzie próbujący coś sprzedać.
Zapach przypraw mieszający się momentami z zapachem skór, spalin i upału.
Hałas praktycznie cały czas.
Na zdjęciach medyna wygląda romantycznie. W rzeczywistości momentami przypomina grę survivalową, w której próbujesz znaleźć swój riad i jednocześnie nie wejść pod motor.
Pierwsze dni były dla mnie naprawdę intensywne.
Google Maps przestaje być twoim przyjacielem
To był jeden z większych szoków.
W Europie jestem przyzwyczajona do tego, że wpisuję adres i po prostu tam docieram.
W Marrakeszu? Powodzenia.
Mapy regularnie prowadziły mnie w dziwne zaułki, ślepe uliczki albo miejsca, które kompletnie nie przypominały mojego noclegu.
I wtedy magicznie pojawiał się ktoś mówiący: „I can help you”.
Najczęściej kończyło się to próbą wyciągnięcia pieniędzy za pokazanie drogi.
Po kilku dniach nauczyłam się po prostu zapisywać charakterystyczne punkty i pytać właścicieli riadów o dokładne wskazówki.
To nie jest tanio tak bardzo, jak internet obiecuje
Maroko nadal może być budżetowe.
Ale internet często sprzedaje narrację, że wszystko kosztuje grosze i będziesz żyć jak królowa za 20 zł dziennie.
No nie do końca.
Ładne riady kosztują.
Wycieczki na pustynię kosztują.
Lepsze restauracje kosztują.
Jasne, street food i lokalne jedzenie bywają tanie, ale Marrakesz bardzo szybko nauczył mnie, że „egzotycznie i tanio” bywa marketingowym skrótem.
Marokańska gościnność naprawdę istnieje
I to było jedno z najpiękniejszych zaskoczeń.
Obok ludzi nastawionych typowo na turystów spotkałam też mnóstwo osób autentycznie pomocnych.
Ludzie zapraszający na herbatę.
Właściciele riadów pomagający organizować transport.
Osoby, które po prostu chciały porozmawiać.
To właśnie te małe momenty najbardziej pamiętam po miesiącu w Maroku.
Pustynia nie wygląda jak z filmów cały czas
To może być niepopularna opinia.
Wyjazd na Saharę był piękny, ale zaskoczyło mnie, jak mocno internet wycina mniej fotogeniczne elementy.
Godziny jazdy.
Turystyczne przystanki.
Zmęczenie.
A potem nagle zachód słońca na pustyni i człowiek przypomina sobie, dlaczego tam przyjechał.
To trochę metafora całego Maroka.
Marrakesz uzależnia bardziej niż zakładałam
I to chyba moje największe zaskoczenie.
Przez pierwsze dni byłam przebodźcowana i zmęczona.
A potem zaczęłam rozumieć rytm tego miejsca.
Późne kolacje.
Herbata miętowa.
Wieczory na dachach riadów.
Poranki, kiedy medyna budzi się do życia.
Marrakesz nie był miejscem, które pokochałam od pierwszego wejrzenia.
Był miejscem, które bardzo długo siedziało mi później w głowie.
TAAAK Takie podróże pamiętam najmocniej.
Komentarze
Prześlij komentarz