Gdy pierwszy raz poleciałam do Tirany byłam kompletnie bez oczekiwań. Wiedziałam absolutnie nic i może właśnie dlatego to miasto tak dobrze mnie zaskoczyło.
Nie miałam wizji wielkiej podróży życia, listy top 20 atrakcji ani przekonania, że odkryję Barcelonę Bałkanów (na szczęście internet jeszcze nie zdążył zrobić z Tirany aż tak irytującego porównania). Albania była dla mnie wtedy bardziej dodatkiem do reszty podróży - plaż, gór i a co tam zajrzymy sobie i zobaczymy po drodze.
Okazało się, że spędziłam w Tiranie dzień. Potem wróciłam kolejny raz. I jeszcze raz.
To miasto ma w sobie coś trudnego do sprzedania na Instagramie, bo nie jest oczywistym pięknem. Nie ma klimatu włoskiego postcard town, nie ma spektakularnych zabytków na każdym rogu i momentami wygląda jak miejsce, które nadal próbuje samo zdecydować, czym chce być.
I właśnie to jest w nim ciekawe.
Tirana wygląda jak miasto w trakcie dużej zmiany
Pierwsza rzecz, którą zauważyłam? Dźwigi budowlane praktycznie wszędzie.
Nowoczesne budynki wyrastają obok komunistycznych bloków. Szklane wieżowce stoją obok obdrapanych elewacji. Obok modnej kawiarni możesz zobaczyć betonowy budynek, który wygląda jak zatrzymany w latach 80.
Normalnie takie połączenie mogłoby być po prostu chaotyczne. W Tiranie jest dziwnie fascynujące.
Miasto przez dekady było zamknięte przez komunistyczny reżim Envera Hodży i do dziś to czuć - w architekturze, muzeach i sposobie, w jaki Tirana próbuje zdefiniować się na nowo.
To nie jest miasto „skończone” i bardzo to lubię. Mam wrażenie, że oglądasz miejsce, które tworzy nową wersję siebie na bieżąco.
Historia Tirany jest momentami naprawdę absurdalna
Jeśli lubisz historię, Tirana potrafi naprawdę wciągnąć.
Bunk’Art 1 zrobiło na mnie ogromne wrażenie. To gigantyczny podziemny bunkier nuklearny zamieniony w muzeum i serio - schodząc tam, trudno nie pomyśleć: kto właściwie buduje takie rzeczy?
Bunk’Art 2 jest bardziej skupione na tajnej policji i kontroli obywateli podczas reżimu. Dużo cięższy temat, ale bardzo dobrze pokazuje skalę absurdu tamtych czasów.
Jest jeszcze House of Leaves, czyli dawna siedziba albańskiej policji politycznej.
I oczywiście słynna Piramida w Tiranie, która kiedyś była pomnikiem dyktatora, a dziś wygląda jak symbol tego, jak bardzo Albania próbuje przepisać własną historię.
Uwielbiam takie miejsca, bo pokazują, że Europa nadal potrafi zaskakiwać historiami, o których naprawdę mało wiemy.
Nowy Bazar był jednym z moich ulubionych miejsc
Nazwa jest trochę myląca, bo Pazari i Ri wcale nie jest nowy - to jedna z najstarszych części targowych miasta.
Dziś jest odświeżony, kolorowy i pełen życia.
Dywany wiszące nad ulicami, ceramika, rzemiosło i rzemieślnicy owoce, przyprawy, pamiątki, lokalne produkty. Bardzo łatwo wejść tam na chwilę i wyjść dużo później.
Ja oczywiście wróciłam z małymi ceramicznymi miskami, których przecież totalnie nie potrzebowałam, ale najwyraźniej mój mózg na wakacjach lubi udawać minimalistkę tylko teoretycznie.
Tirana ma absurdalnie dobrą kulturę kawową
Nie spodziewałam się tego aż tak bardzo.
W Tiranie naprawdę żyje się w kawiarniach.
Komiteti wygląda jak mieszkanie ekscentrycznego wujka, który zbiera stare radia, maszyny do pisania i rzeczy z czasów komunizmu.
Nouvelle Vague ma świetny klimat na dłuższe siedzenie i obserwowanie ludzi.
Radio Bar w dzielnicy Blloku to z kolei miejsce, gdzie bardzo łatwo powiedzieć „wchodzimy tylko na jednego drinka” i wrócić kilka godzin później.
I szczerze? Uwielbiam miasta, w których można po prostu chodzić, pić dobrą kawę i nie czuć presji ciągłego zaliczania atrakcji.
Jedzenie było dużo lepsze niż zakładałam
Byrek kupowany w lokalnych piekarniach.
Tavë kosi, czyli tradycyjne danie z jagnięciną i jogurtem.
Kolacje w miejscach takich jak Oda czy Tradita te Meri.
I bardzo ciekawe restauracje, które robią nowoczesne wersje albańskiej kuchni.
Jednym z moich bardziej randomowych doświadczeń było siedmiodaniowe menu degustacyjne za około 30 euro. Brzmi absurdalnie tanio jak na tasting menu i właśnie takie rzeczy przypominają mi, że Europa Zachodnia naprawdę potrafi zniszczyć człowiekowi skalę cen.
Natura jest absurdalnie blisko miasta
Tego kompletnie się nie spodziewałam.
W ciągu kilkunastu minut możesz wyjechać kolejką Dajti Ekspres i nagle znaleźć się w górach.
Masz też Grand Park i sztuczne jezioro, gdzie mieszkańcy po prostu odpoczywają.
Jeśli masz więcej czasu, możesz zrobić jednodniowy wypad nad Lake Bovilla, do Pellumbas Cave albo zobaczyć Shengjergj Waterfall.
Bardzo lubię takie miasta, które dają balans między miejskim chaosem a szybkim resetem w naturze.
Czy warto odwiedzić Tiranę?
Jeśli jedziesz do Albanii - zdecydowanie tak.
Minimum jeden dzień. Moim zdaniem dwa są dużo lepsze, bo dopiero wtedy zaczynasz zauważać jej rytm.
Czy poleciałabym tam wyłącznie na klasyczny weekend city break? Szczerze? Raczej nie.
Ale jako część większej podróży po Albanii? Absolutnie.
Połącz Tiranę z Beratem, Gjirokastrą, albańską riwierą, Ksamil albo górami na północy.
Daj temu miastu chociaż jeden dzień bez oczekiwania, że będzie największą przygodą.
Bo Tirana nie jest może najważniejszym miejscem do zwiedzenia w życiu.
Ale może właśnie dlatego wróciłam tam więcej niż raz.
Komentarze
Prześlij komentarz