Czy da się przeżyć w jednym z najdroższych miast Europy? Oto jest pytanie, a w Dniu Kobiet planuję wam na nie odpowiedzieć.
Kopenhaga jest absurdalnie droga. Nie taka „ojej, kawa kosztuje więcej niż w Poznaniu” droga. Bardziej taka, że patrzysz na cenę kanapki, przeliczasz ją na złotówki, a potem zaczynasz rozważać, czy może głód jest tylko konstruktem społecznym.
Do Kopenhagi poleciałam tanio, bo bilet znalazłam z wyprzedaży ostatnich miejsc. Jeden z tych lotów, przy których człowiek najpierw klika, a dopiero później zastanawia się, czy na miejscu będzie go stać na coś więcej niż wodę z kranu i patrzenie na wystawy piekarni. Przy czym właśnie takie podróże lubię najbardziej. Trochę kombinowania, trochę ekscytacji, trochę pytania samej siebie: whaaat have I done?.
Nie sprawdziłam wszystkiego. I dobrze, bo gdybym wcześniej policzyła ceny jedzenia, możliwe że spanikowałabym jeszcze na lotnisku w Poznaniu..
Ten tekst nie będzie o luksusowej Kopenhadze, designerskich hotelach i kolacjach, przy których rachunek wygląda jak rata kredytu. Będzie o tym, jak próbować zobaczyć drogie miasto, nie mając budżetu człowieka, który mówi „weźmy taksówkę” bez drżenia powieki.
Kopenhaga na studencki budżet - czy to się w ogóle spina?
Kopenhaga nie jest miastem, do którego jedzie się „tanio” w takim sensie, jak można tanio pojechać do Budapesztu, Pragi albo Lwowa. W Kopenhadze szybko okazało się, że samo słowo budżetowo ma trochę inną definicję niż w Europie Środkowej - Polska, Czechy, Słowacja, Węgry są bardziej przyjazne. W Kopenhadze nie pytasz „jak wydać mniej koron”, tylko „na czym jestem gotowa odpuścić, żeby nadal dobrze się bawić”...
Bardzo szybko zorientowałam się, że pieniądze znikają tu głównie w czterech miejscach:
- nocleg,
- jedzenie na mieście,
- transport publiczny,
- kawa, przekąski i małe „przecież to tylko kilka koron”, które potem składają się w finansowy kryminał.
Dania ma korony duńskie, więc łatwo stracić czujność. Kwoty nie wyglądają tak groźnie, dopóki ich nie przeliczysz. A potem nagle 100 DKK brzmi mniej jak „sto czegoś”, a bardziej jak około 13 euro i 58 zł według kursu z marca 2017. I już nie jest tak zabawnie.
Nocleg, czyli gdzie nie zbankrutować na starcie
Największym problemem w Kopenhadze jest nocleg. Miasto może być piękne, czyste, rowerowe i pełne dobrego designu, ale ceny łóżek potrafią szybko sprowadzić człowieka na ziemię. Jeśli masz ograniczony budżet, hotel w centrum może odpaść szybciej niż postanowienie, że w podróży nie będziesz kupować kawy na wynos.
W moim przypadku ratunkiem był couchsurfing i dziewczyńskie grupy podróżnicze na Facebooku. To była jedna z tych rzeczy, które kiedyś wydawały mi się trochę szalone, a potem zaczęły brzmieć jak jedyna sensowna odpowiedź na pytanie: „czy chcę wydać cały budżet na samo spanie?”.
Nie mówię, że każdy ma spać u obcych ludzi. Trzeba mieć głowę, sprawdzać profile, opinie, pisać konkretnie, ufać intuicji i nie robić z siebie bohaterki filmu, która ignoruje wszystkie czerwone flagi, bo „będzie przygoda”. Ale dobrze użyty couchsurfing albo polecenia z grup podróżniczych mogą naprawdę uratować budżet.
Opcje do sprawdzenia:
- couchsurfing z dobrze zweryfikowanym hostem,
- grupy typu girls travel na Facebooku,
- hostele poza ścisłym centrum,
- noclegi z dostępem do kuchni,
- krótki pobyt zamiast udawania, że Kopenhagę zwiedza się tydzień bez konsekwencji finansowych.
W Kopenhadze nocleg z kuchnią to przydana rzecz, wg mnie przy ich cenach to warunek sensownego przetrwania.
Jedzenie jest drogie, więc trzeba wybrać swoje bitwy
Jedzenie w Kopenhadze jest drogie. Nie ma sensu udawać, że da się tego nie zauważyć. Jeśli chcesz jeść każdy posiłek na mieście, budżet zacznie płakać szybciej niż ty po sprawdzeniu cen kanapek.
Najrozsądniejszy patent to miks: część rzeczy kupować w sklepie, część przygotować samodzielnie, a na mieście zjeść coś, co naprawdę ma sens. Nie wydawać pieniędzy na byle drożdżówkę tylko dlatego, że akurat jesteś głodna i przechodzisz obok miejsca z ładnym logo.
Z czego zrezygnowałam by oszczędzać
- śniadania jedzonych w kawiarni - raz spoko, pokój z kuchnią - lepiej
- przypadkowe przekąskach - lepsze kanapki na lunch
- napoje kupowane w trasie (własna butelka i woda z kranu),
- knajpki w centralnych punktach
- alkohol
Na czym lepiej nie oszczędzać:
- na jednej dobrej rzeczy, którą naprawdę chcesz zjeść,
- na kawie w miejscu, które masz zapisane od miesięcy,
- na lokalnym doświadczeniu, które zapamiętasz jak specjał miejscowy,
- na jedzeniu, które jest częścią wyjazdu - punkt wyżej dla mnie to z zasady obiado-kolacje.
Można oczywiście siedzieć nad kanałem z suchą bułką i udawać, że to klimat studenckiego Erasmusa. Tylko po co, skoro można ciąć koszty trochę mądrzej.
Too Good To Go aplikacja
Wpis nie jest sponsorowany, ale w Kopenhadze koniecznie sprawdziłabym Too Good To Go. Aplikacja powstała po to, żeby ograniczać marnowanie jedzenia, więc restauracje, piekarnie i sklepy sprzedają niesprzedane jedzenie w niższej cenie. Dla kogoś z ograniczonym budżetem brzmi to ważna ciekawostka, a nawet jak promyk rozsądku w mieście, w którym kanapka potrafi kosztować tyle, co obiad w Polsce. Dodatkowo często są to lokalne miejsca, więc i okazja do popróbowania rzeczy. Wiadomo nie zawsze dostajesz dokładnie to, na co masz ochotę. Czasem bierzesz paczkę i dopiero potem odkrywasz, co w niej jest. Ma to jednak swój urok. Trochę jak kulinarna loteria.
Najlepiej polować na:
- piekarnie,
- sklepy spożywcze,
- miejsca z kanapkami,
- kawiarnie pod koniec dnia.
Przy krótkim wyjeździe nie opierałabym całego jedzenia na aplikacji, ale jako wsparcie budżetu - bardzo tak.
Rower jest tu niemal obowiązkowy
Kopenhaga jest miastem rowerów. I wiem, że Amsterdam bardzo lubi występować w tej roli w zbiorowej wyobraźni, ale Kopenhaga naprawdę robi z roweru normalny środek transportu, a nie romantyczny gadżet do zdjęcia.
Ja używam roweru w Polsce, więc sama idea nie była dla mnie egzotyczna. Różnica polega na tym, że w Kopenhadze rower nie wygląda jak opcja dla ambitnych, tylko jak najrozsądniejszy wybór. Szczególnie gdy zobaczysz ceny komunikacji publicznej w koronach i po chwili przeliczysz je na złotówki.
Jeśli jedziesz na dłużej, rower może być najlepszą inwestycją. Komunikacja publiczna w Kopenhadze działa, ale kosztuje. Przy krótkim pobycie można oczywiście kupować bilety i nie robić z siebie męczennicy, ale przy dłuższym życiu w mieście rower zaczyna wyglądać jak finansowy rozsądek.
Używany rower można próbować znaleźć na lokalnych portalach, takich jak dba.dk. Nie musi być piękny. Ma jechać, hamować i nie wyglądać jak coś, co rozpadnie się na pierwszym zakręcie.
W duńskich realiach padały takie wyliczenia: studenckie minimum po opłaceniu noclegu może kręcić się wokół 2000 DKK miesięcznie na bardzo oszczędne życie, czyli około 268 EUR i 1153 PLN według kursu z marca 2017. Mniej niż to? Da się może przetrwać, ale pytanie, czy chcesz zwiedzać miasto, czy prowadzić eksperyment z granic ludzkiego smutku.
Przykładowe miesięczne koszty z takich studenckich wyliczeń i mojej karty, przeliczone orientacyjnie po kursie z 3 marca 2017:
- jedzenie: 1000 DKK (ok. 134 EUR / 577 PLN),
- tani pokój albo akademikowy standard: 2000 DKK (ok. 268 EUR / 1153 PLN),
- wyjścia i wydarzenia: 500 DKK (ok. 67 EUR / 288 PLN),
- miesięczny transport ungdomskort: 640 DKK (ok. 86 EUR / 369 PLN),
- całość bardzo skromnie: 4000 DKK (ok. 536 EUR / 2307 PLN),
- po mocnym przycięciu: 3500 DKK (ok. 469 EUR / 2019 PLN).
Zaznaczam: nie jest budżet pod tytułem turysta, muzea, brunch i spontaniczne prosecco nad wodą. Włączony tryb: Lidl, rower i kalkulator... aka mam doświadczenie ale i studencką kieszeń
Transport publiczny jest wygodny, ale bilet w kr boli bardziej niż złotówki
Transport publiczny w Kopenhadze jest czysty, wygodny i bardzo przyjemny, dopóki nie patrzysz zbyt długo na cenę biletu. Przy krótkim wyjeździe pewnie z niego skorzystasz. Przy dłuższym pobycie rower zaczyna wygrywać.
U mnie najlepiej sprawdził się taki układ:
- z lotniska do miasta - komunikacja publiczna,
- po mieście - rower albo chodzenie,
- na dalsze punkty - metro, autobus albo pociąg, ale z planem,
- bez przypadkowego kupowania biletów co chwilę, bo „to tylko jeden przejazd”.
W Kopenhadze „tylko jeden przejazd” potrafi być tym momentem, w którym zaczynasz rozumieć, że tanie miasto i Dania nie siedzą przy tym samym stoliku.
Lot może być tani, ale miasto już nie musi
Tani lot to zdradliwa rzecz. Klikasz bilet za grosze i przez chwilę czujesz się jak mistrzyni podróżniczej strategii. Potem doliczasz nocleg, transport, jedzenie i kawę, i okazuje się, że linia lotnicza sprzedała ci tylko zaproszenie do drogiej układanki.
Nie żałuję tanich lotów. Uwielbiam je. Dzięki nim można zobaczyć miejsca, które inaczej zostawałyby w folderze „kiedyś”. Ale przy Kopenhadze trzeba mieć świadomość, że niski koszt biletu nie oznacza niskiego kosztu wyjazdu.
Dlatego przed kliknięciem biletu sprawdziłabym od razu:
- ile kosztuje dojazd z lotniska,
- ile kosztuje najtańszy sensowny nocleg,
- czy mam opcję couchsurfingu albo noclegu z grupy,
- czy dam radę ogarnąć jedzenie częściowo ze sklepu,
- ile realnie chcę wydać dziennie.
Bilet z wyprzedaży ostatnich miejsc może być początkiem świetnej przygody. Może też być najtańszą częścią całej imprezy.
Na czym oszczędzać, a na czym nie?
W drogim mieście łatwo wejść w skrajności. Albo wydajesz bez kontroli, bo „raz się żyje”, albo przycinasz wszystko tak mocno, że wracasz z wyjazdu z poczuciem, że widziałaś głównie supermarkety i własny kalkulator.
Moim zdaniem oszczędzać warto na rzeczach powtarzalnych i mało ważnych.
Oszczędzałabym na:
- noclegu, jeśli jest bezpieczny i dobrze położony,
- śniadaniach, które można zrobić samemu,
- przekąskach kupowanych bezmyślnie,
- transporcie, jeśli da się iść pieszo albo jechać rowerem,
- alkoholu w lokalach, bo tam pieniądze parują z godną podziwu szybkością.
Nie oszczędzałabym na:
- bezpieczeństwie noclegu,
- powrocie wieczorem, jeśli okolica albo trasa są średnie,
- jednym dobrym doświadczeniu, które naprawdę chcesz mieć,
- butach i ubraniu, jeśli pogoda ma ci zniszczyć dzień,
- czymś, co jest dla ciebie sednem tego wyjazdu.
Tanie podróżowanie nie polega na tym, żeby odmawiać sobie wszystkiego. Chodzi o to, żeby wydać pieniądze tam, gdzie będą miały sens, a nie tam, gdzie dopadnie cię zmęczenie, głód i brak planu.
Czy da się przeżyć Kopenhagę tanio?
Da się, ale trzeba zaakceptować, że tanio w Kopenhadze nie znaczy beztrosko. Trzeba kombinować. Szukać noclegu wcześniej, sprawdzać grupy, używać roweru, gotować część rzeczy samemu, polować na Too Good To Go i nie udawać, że ceny są normalne, kiedy nie są.
Kopenhaga jest droga, miejscami bezczelnie droga, ale nie jest przez to niedostępna. Tylko wymaga innego podejścia. Mniej spontanicznego zamawiania wszystkiego, co ładnie wygląda. Więcej planu, więcej chodzenia, więcej roweru, więcej „dobra, ta kawa tak, ale lunch już ze sklepu”.
Po tej wycieczce została mi jedna bardzo konkretna refleksja:
W drogim mieście nie musisz być bogata, żeby dobrze spędzić czas. Musisz tylko wiedzieć, które wydatki naprawdę coś ci dają, a które są zwykłą dziurą w portfelu z ładnym opakowaniem.
A Kopenhaga? Kopenhaga nadal kusi. Nawet jeśli po drodze sprawdzasz konto częściej niż mapę. Wrócę mądrzejsza o ceny kanapek, ale nadal podatna na tanie loty i miasta, które trochę finansowo obrażają człowieka.
Komentarze
Prześlij komentarz