Są ludzie, którzy w lutym lecą do Hiszpanii, Włoch albo szukają słońca gdziekolwiek, byle dalej od zimy.
Ja najwyraźniej w pewnym momencie życia spojrzałam na mapę i pomyślałam: a gdyby tak polecieć jeszcze bardziej na północ, do Inverness?
W lutym!
Tak, wiem jak to brzmi.
Jeszcze lepiej brzmi fakt, że kupując bilety naprawdę nie analizowałam tego szczególnie głęboko. Zobaczyłam tanie połączenie do Inverness, przypomniałam sobie jak bardzo kocham Szkocję i uznałam, że przyszła ja jakoś poradzi sobie z konsekwencjami pogodowymi.
Przyszła ja faktycznie poradziła sobie średnio elegancko, bo po wyjściu z lotniska dostałam bardzo szybkie przypomnienie, że szkocki luty nie zna litości dla ludzi ubranych w stylu „wydaje mi się, że będzie okej”.
Dlaczego akurat Inverness?
Bo od dawna miałam słabość do Szkocji.
To jest ten rodzaj miejsca, które wygląda dobrze nawet wtedy, kiedy pogoda próbuje cię obrazić poziomym deszczem, śniegiem albo lodowatym wiatrem prosto w twarz.
Większość osób lecąc do Szkocji wybiera Edynburg albo Glasgow.
Mnie dużo bardziej kusiło wszystko, co prowadziło bliżej Highlands.
Inverness często nazywane jest stolicą szkockich Highlands i rzeczywiście bardziej niż typowym city breakiem przypomina bazę wypadową do dalszych podróży.
I właśnie to bardzo mi pasowało.
Miasto jest niewielkie, spokojniejsze i dużo mniej przytłaczające niż większe szkockie kierunki.
Inverness Castle wygląda jak z pocztówki
Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w mieście jest Inverness Castle, stojący na wzgórzu nad rzeką Ness.
Dzisiejsza budowla pochodzi z XIX wieku i została zbudowana z czerwonego piaskowca. Wcześniej istniały tu starsze fortyfikacje związane z burzliwą historią szkockich klanów.
To nie jest zamek pełen spektakularnych komnat, ale sam widok na miasto naprawdę robi robotę.
Z góry świetnie widać centrum i rzekę.
Śnieg wygląda romantycznie tylko przez pierwsze pięć minut
Kiedy spadł śnieg, Inverness wyglądało naprawdę bajecznie.
Problem polegał jedynie na tym, że ja jednocześnie próbowałam robić zdjęcia i nie stracić czucia w dłoniach.
To był dokładnie ten typ wyjazdu, podczas którego człowiek marznie przez pół dnia, a po powrocie opowiada wszystkim, że było cudownie.
Katedra św. Andrzeja i spacery nad rzeką Ness
Na zdjęciach widać również St Andrew’s Cathedral, czyli neogotycką katedrę św. Andrzeja z XIX wieku.
Powstała nad samą rzeką Ness i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków miasta.
Ciekawostka? Pierwotnie planowano dwie wysokie wieże, ale nigdy ich nie ukończono przez brak funduszy.
Lubię takie niedoskonałe historie budynków bardziej niż idealne pocztówkowe opowieści.
Spacer wzdłuż rzeki Ness był jedną z moich ulubionych rzeczy w całym mieście.
Mosty, stare budynki, zimowe światło i ten specyficzny szkocki klimat sprawiały, że nawet zwykłe chodzenie miało sens.
To nie jest miasto, które trzeba odhaczać atrakcja po atrakcji.
Ono dużo lepiej działa wtedy, kiedy po prostu dajesz sobie czas.
Loch Ness - bo wiadomo
Nie mogłam być tak blisko Loch Ness i tego nie zobaczyć.
Czy widziałam potwora?
Niestety nie.
Czy było absurdalnie zimno?
Oczywiście.
Czy nadal było warto?
Zdecydowanie tak.
Okolice jeziora są dużo bardziej surowe niż na instagramowych zdjęciach i chyba właśnie dlatego zrobiły na mnie takie wrażenie.
Czy poleciałabym tam drugi raz zimą?
Szczerze? Tak.
Mniej ludzi i więcej ubrań na sobie, ale wiem wiem. >Inverness w lutym nie jest kierunkiem dla każdego. Dla większości pewnie nie jest.
Jeśli marzysz o słońcu, lekkiej kurtce i siedzeniu na tarasie z drinkiem - absolutnie nie ten adres.
Ale jeśli lubisz miejsca trochę surowe, mniej oczywiste i takie, które mają klimat nawet wtedy, gdy marzniesz z kawą w dłoni, bardzo możliwe, że zrozumiesz ten wybór.
Ja do dziś patrzę na ten wyjazd i trochę śmieję się z własnych decyzji logistyczno-pogodowych.
A potem przypominam sobie szkockie widoki i myślę: dobra, było warto.
Komentarze
Prześlij komentarz