Podróżowałam sama po Europie i bałam się prawie wszystkiego

Przez długi czas wydawało mi się, że samotne podróżowanie jest czymś zarezerwowanym dla ludzi odważniejszych ode mnie.

Takich, którzy z plecakiem przejeżdżają pół świata, śpią gdziekolwiek, znają pięć języków i wyglądają, jakby nigdy nie stresowali się tym, że autobus odjechał z innego peronu niż powinien.

Ja byłam dużo bardziej przyziemna. Bardziej niż wizja odnalezienia siebie na drugim końcu świata interesowało mnie pytanie, czy uda mi się znaleźć lot za 79 zł i czy hostel nie okaże się kompletną katastrofą.

Samotne podróżowanie nie zaczęło się u mnie od wielkiej idei wolności. Zaczęło się dużo mniej spektakularnie.

Zaczęło się od tego, że bardzo chciałam gdzieś jechać, a ludzie wokół mnie nie zawsze mieli pieniądze, urlop, czas albo ochotę na spontaniczny lot kupiony we wtorek wieczorem.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że jeśli będę ciągle czekała na idealnego kompana podróży, mogę bardzo długo siedzieć w domu.

A siedzenie w domu przegrywało z biletem za 59 zł praktycznie za każdym razem.

samotne podróżowanie po Europie
Pierwsze solo podróże były ekscytujące, ale też pełne małych kryzysów, strachu i zagubienia.

Najbardziej bałam się samotności. A później okazało się, że to nie był największy problem

Przed pierwszym wyjazdem solo wydawało mi się, że będę dramatycznie samotna.

Że wszyscy będą podróżować parami, grupami znajomych albo romantycznie spacerować po mieście, a ja będę siedziała sama przy stoliku i wyglądała jak osoba, którą ktoś wystawił.

Rzeczywistość była dużo mniej dramatyczna.

Nikt specjalnie się mną nie interesował.

Ludzie byli zajęci własnym planem dnia, własnymi wakacjami i własnym życiem.

A ja po kilku godzinach odkryłam coś bardzo przyjemnego - mogę robić dokładnie to, na co mam ochotę.

Mogę siedzieć trzy godziny w muzeum albo wyjść po piętnastu minutach. Mogę zmienić plan. Mogę usiąść na kawę. Mogę chodzić po mieście do nocy albo wrócić wcześniej do hostelu.

To było zaskakująco uzależniające.

Najbardziej bałam się też bezpieczeństwa

I to był akurat całkiem racjonalny lęk.

Zwłaszcza kiedy ma się dwadzieścia kilka lat, ograniczony budżet i pomysły typu: może wezmę najtańszy nocny autobus i jakoś to będzie.

Dość szybko nauczyłam się, że tanio nie zawsze oznacza dobrze.

Są oszczędności, które mają sens.

Tani lot? Jasne.

Kanapki z marketu? Oczywiście.

Hostel trochę dalej od centrum? Żaden problem.

Ale są też miejsca, gdzie naprawdę nie warto przesadzać z oszczędzaniem.

Nie wybierałam noclegów z fatalnymi opiniami tylko dlatego, że były trochę tańsze.

Nie szłam sama nocą przez dziwne dzielnice tylko dlatego, że szkoda mi było pieniędzy na transport.

Nie mówiłam obcym ludziom wszystkiego o sobie.

Z czasem nauczyłam się odróżniać przygodę od zwykłej głupoty, co było bardzo przydatną umiejętnością.

Komentarze