Czasem patrzę na miejsce, w którym mieszkam i mam bardzo prostą myśl: chyba trafiłam tu przez pomyłkę. Brzmi dramatycznie, ale jest w tym sporo prawdy. Nigdy nie czułam silnej więzi z krajem, w którym się urodziłam. Jasne, Polska to ładny kraj i są tu ludzie, których kocham, wspomnienia i miejsca ważne z prywatnych powodów, ale jeśli mówimy o poczuciu przynależności, ono przyszło do mnie dopiero gdzie indziej.
Zwiedziłam sporo krajów i każdy zostawił po sobie jakiś ślad. Jedne zachwyciły krajobrazami, inne jedzeniem, jeszcze inne chaosem, którego długo nie mogłam wyrzucić z głowy. Tylko we Włoszech mam dziwne poczucie, że wszystko wskakuje na swoje miejsce. Jakbym przestawała się szarpać z rzeczywistością i nagle zaczynała oddychać normalnie.
Może chodzi o ludzi. O to, że potrafią się uśmiechać bez powodu i nie traktują życia jak niekończącej się listy obowiązków. Może o język, który nawet podczas zwykłej rozmowy brzmi jak coś znacznie przyjemniejszego niż codzienna wymiana informacji. Kiedy rozmawiam po włosku, nawet jeśli popełniam błędy i czasem składnia robi własne rzeczy, kompletnie mnie to nie paraliżuje. Mam wtedy luz, którego często brakuje mi gdzie indziej.
Uwielbiam ich bary pełne ludzi stojących przy ladzie z maleńką filiżanką espresso. Kilka łyków, szybka rozmowa, papierowa gazeta pod pachą i dalej w dzień. U nas kawa bywa elementem wizerunku. Tam jest częścią codzienności i nikt nie robi z tego spektaklu za 22 zł w modnym lokalu z betonową ścianą.
Kocham włoskie lody i nawet nie zamierzam udawać, że potrafię zachować przy nich godność. Kocham wieczory przy Aperolu albo winie, kiedy rozmowy ciągną się bez patrzenia na zegarek. Kocham fakt, że ludzie naprawdę potrafią siedzieć przy stole długo i nie traktują tego jako straty czasu.
Północ Włoch to dla mnie osobna historia. Góry tam wyglądają absurdalnie dobrze. Kiedy stoję na stoku i patrzę na ośnieżone szczyty skąpane w słońcu, mam wrażenie, że ktoś przesadził z estetyką krajobrazu. Snowboard pokochałam właśnie tam, choć początki były tragiczne i bardziej przypominały kontrolowane upadanie niż sport. Do dziś pamiętam cierpliwość Arka, który oglądał moje kolejne spektakularne porażki na desce i jakimś cudem nie uciekł.
Jest jeszcze jedzenie, ale tutaj nie będę udawać odkrywczości. Wino, sery, makarony, proste składniki i brak potrzeby komplikowania rzeczy, które już są dobre. Włosi doskonale wiedzą, że nie wszystko trzeba ulepszać.
Kiedy byłam tam ostatnio, złapałam się na tym, że moje życie w Polsce zaczęło wydawać się czymś bardzo odległym. Jakby istniało równolegle, ale nie miało większego znaczenia. Wracałam myślami do codzienności, którą zostawiłam, i kompletnie mnie ona nie ciągnęła. Dziwne uczucie, kiedy miejsce oddalone o setki kilometrów zaczyna wydawać się bardziej domem niż adres wpisany w dokumentach.
Dlaczego chcę tam wrócić na dłużej? Bo pasuje mi ich sposób życia. Lubię spontaniczność, ruch, emocje i brak przesadnego spinania się wszystkim. W Polsce często czuję chłód, nie ten pogodowy, tylko ten między ludźmi. Dużo dystansu, dużo powagi, sporo życia na pokaz. We Włoszech łatwiej mi oddychać. Ludzie częściej się śmieją, mniej kalkulują i mam wrażenie, że nie odkładają życia na później.
Pewnie ktoś powie, że idealizuję. Możliwe. Każdy ma swoje miejsce, które działa mu na głowę trochę irracjonalnie. Dla jednych będzie to Norwegia, Bali albo mały domek w lesie z dala od ludzi. Dla mnie to właśnie Italia. I szczerze? Kompletnie nie widzę powodu, żeby się z tego tłumaczyć.